wiersze innych

niedziela, 26 października 2014

 
We mnie każdy jest ptakiem.
Biję wszystkimi skrzydłami.
Chcieli cię wyciąć,
ale poniechali.
Mówili, że jesteś niezmierzenie pusta,
ale tak nie jest.
Mówili, że jesteś śmiertelnie chora,
ale mylili się.
Teraz śpiewasz jak uczennica.
Nie rozdarli cię.

Słodki ciężarze,
celebrując kobietę, którą jestem,
i duszę kobiety, którą jestem,
i najważniejszą istotę i jej rozkosz,
śpiewam dla ciebie. Ośmielam się żyć.
Cześć duchu. Cześć kielichu.
Zamykaj, zakrywaj. Zakrywaj to, co wewnątrz.
Cześć glebom pól.
Witajcie korzenie.

Każda komórka ma życie.
Jest ich tu dość, by zadowolić naród.
Dość dużo, by pospólstwo posiadło te dobra.
Każdy człowiek, każda wspólnota może powiedzieć
"Dobrze, że możemy siać tego roku
i myślą sięgać ku zbiorom.
Choroba, którą przepowiadano, została odparta".
Śpiewa o tym wiele kobiet:
któraś przeklina maszynę w fabryce butów,
któraś tkwi przy akwarium, doglądając foki,
któraś przygłuchła za kółkiem swego Forda,
któraś stoi przy bramie, pobierając myto,
któraś wiąże postronkiem cielę w Arizonie,
któraś zasiada w Rosji z wiolonczelą,
któraś przestawia garnki na piecu w Egipcie,
któraś maluje sypialnię na kolor księżyca,
któraś umiera, lecz pamięta o śniadaniu,
któraś rozkłada matę w Tajlandii,
któraś wyciera tyłek swemu dziecku,
któraś patrzy przez okno pociągu
w centrum Wyoming i któraś jest
gdziekolwiek, kiedy inne są wszędzie, i wszystkie
wydają się śpiewać, choć niektóre nie potrafią
odczytać nut.

Słodki ciężarze,
celebrując kobietę, którą jestem,
pozwól mi nosić szal długi na dziesięć stóp,
pozwól mi grać na bębnie dziewiętnastolatkom,
pozwól mi nieść miseczki na ofiarę
(jeśli to moja rzecz).
Pozwól mi studiować tkankę żył wokół serca,
pozwól badać prędkość kątową meteorytów,
pozwól mi ssać łodyżki kwiatów
(jeśli to moja rzecz).
Pozwól mi wykonać plemienne ornamenty
(jeśli to moja rzecz).
Ponieważ tego potrzebuje ciało,
pozwól mi śpiewać
dla kolacji,
dla pocałunku,
dla porządku,
tak.

sobota, 18 maja 2013


Pokażę ci miłość w jednej garści gwiazd.
Znasz feerię śniegu na przydrożnych liściach?
Fioletowy kontur grudniowego dnia?
Przyszłam tu, żeby oddychać.

Są mali tancerze w kropli rzecznej wody.
Raje owadów za brama ogrodu,
Gniazdo w zgięciu ramion tamtej grubej sosny,
W gnieździe moich ramion mleczny oddech dziecka.

Lekko mieszkamy na wydechu świata,
Jeden mrok dodany do drugiego mroku.
Usta przy policzku.
Policzek przy udzie.

Lekko mieszkamy na wydechu świata,
ciepła sierść wilczycy i jej ostre zęby,
brzytwa mrozu gładzi ciemną skórę rzeki,
jej mieszkańcy bezszelestnie opadają na dno.

Przyszłam tu żeby oddychać.
Smutek naszych rzeczy na zimowym niebie.
Śnieg szybko topnieje na policzkach dziecka,
Nasze oczy śmieją się do gwiazd,
   
Niebo spotyka gładką skórę rzeki,
Oddycham, oddycham, więc jestem.

wtorek, 23 sierpnia 2011



Napisać coś takiego
By pozostał wiersz a potem długo długo nic
Bo żadne inne słowo nie potrafiłoby mu sprostać
Jego metafory byłyby czymś nieosiągalnym
Jak dar wykradziony bogom
Jak głos kogoś kto przybył z odległej planety
Jest taki wiersz jak zrównanie dnia z nocą
Jakby wchłonął w siebie świat
I w każdym zdaniu oddawał go ujawnionym
Jest gdzieś taki nadludzki wiersz
Jak dotyk niewidzialnego który powoduje dreszcz
Jakby ktoś tchnął w niego oddech
I zaczyna żyć swoim własnym życiem
Między wersami prześlizguje się wieczność

Są wiersze które mogą powstać tylko raz w życiu
Tylko raz stają twarzą w twarz z tajemnicą
I są jak długo oczekiwana odpowiedź po której zapada milczenie
To tak jakby odnaleźć coś zgubionego przed tysiącem lat
Nie tylko odnaleźć ale rozpoznać jego znaczenie
Ślepy grajek odzyskuje wzrok

Napisać wiersz całkowity i nietykalny
Tak prosty by zalśnił w nim klejnot
Schronienie dla każdej ucieczki
Taki szept prawdy że zagłuszy krzyk
Jak znamię które wypala się na skórze
Ten ból sprawia że wielkość staje się osiągalna
I udowadnia fałszerstwo nieprzebytych słów
Ten wiersz jest blizną ale nikt nie rozpozna po jakiej ranie

 ANNE SEXTON

Poszukiwacze zła

Urodzeni z nas szczęściarze,
można powiedzieć spod dobrej gwiazdy.
Tak nowi i gładcy jak winogrona,
tak czyści jak staw na Alasce,
tak niewinni jak łodyżka zielonej fasoli -
urodziliśmy się i to powinno wystarczyć,
powinniśmy umieć to wykorzystać,
ale trzeba jeszcze poznać zło,
poznać to, co nieludzkie,
wiedzieć, jak tryska krew podobna do krzyku,
trzeba zobaczyć noc,
by rozpoznać dzień,
trzeba uważnie wsłuchać się w zwierzę, które jest w nas,
trzeba przejść jak lunatyk
po szczycie dachu,
trzeba rzucić jakąś część swego ciała
diabłu w paszczę.
Bzdury, powiesz.
Ale ja rzekłabym,
musisz trochę umrzeć,
poczuć, jak wybucha ci w ręku pudełko zapałek,
ujrzeć, jak najlepszy przyjaciel ściąga twój egzamin,
odwiedzić indiański rezerwat,
zobaczyć ich plastikowe pióra,
martwy sen.
Przynajmniej raz trzeba być więźniem, by słyszeć
zgrzyt zamka, co wkręca się w brzuch.
Po tym wszystkim można sobie sięgnąć po drzewa, kamienie,
niebo, po ptaki, co nadają sens powietrzu.
Ale nawet w budce telefonicznej
zło może wysączyć się ze słuchawki
i wtedy trzeba zakryć je materacem,
a potem wyrwać z korzeniami
i pogrzebać,
pogrzebać.


wtorek, 22 czerwca 2010

JULIA FIEDORCZUK

Coś

a więc opowiadamy ciągle te same historie
coś się kończy zaczyna coś płonie
coś nas ku sobie popycha każe śpiewać
kreślić znaki na skórze

coś, co na mnie patrzy z niejednego płótna
dłonie tej kobiety czemu taka czułość
kimkolwiek była umarła
a po niej malarz J.C. Dahl (1788-1857)
sto pięćdziesiąt jeden lat temu

albo to dziecko z Nieba nad Berlinem
nie znam płci
w czarno-białym beciku

maluję rzęsy
zdejmuję ubranie
obejmuję plecy mężczyzny
kolekcjonuję wizerunki aniołów
i linijki z wierszy o miłości lub śmierci
szukam ludzi, którzy umieją rozmawiać z jeżami

nastąpił tu wielki wybuch
wszystko porozrzucane
nic tylko zbierać żywe owoce tej wojny
nic tylko zbierać martwe owoce tej wojny

więc opowiadamy ciągle te same historie
coś się kończy zaczyna coś płonie
coś nas ku sobie popycha, każe śpiewać

coś zsyła nam błogosławieństwo łez

JULIA FIEDORCZUK

Wiersz


pogubione sny dotyczyły przyszłości ze szkła
bezwonnej stali kolorowych świateł
w tym wariancie idę do ciebie przez las
przez świeżą zieleń doliny
wody wielkie nie zdołają ugasić miłości
w tym wariancie idę do ciebie przez śmietnik
och, gdyby to było na serio
reklamówki, plastikowe butelki, stare samochodowe fotele
drzewo figowe wydało zawiązki owoców
to oni by już coś z tym zrobili
świeża zieleń doliny
pogubione sny dotyczyły prostych konturów zwycięstwa
to wszystko
żadnych niuansów
teraz tylko żyjmy potem się zobaczy
w tej wersji idę do ciebie przez miasto
szarość pełna mokrych świateł ja je tobie niosę
kuleczki ze srebra
pogubione sny dotyczyły znakomitych miast
mój miły jest mój a ja jestem jego
mamy psa lodówkę plazmę oraz buddę
miłość jest higieniczna dla zdrowia
i długowieczności
w tej wersji idę do ciebie przez wodę i tonę
zanim się spotkamy

JULIA FIEDORCZUK

Dedykacja

Ten wiersz jest dla ciebie, drogi czytelniku.
Mówi o pająku, o uczuciach i o tym
co niewyrażalne.
Nie ma pająka, gdy do ciebie piszę.
Mam pająka w głowie, nitki pajęczyny
miękkie jak pleśń.

Albo drogocenne jak sznur lśniących pereł
Nad ranem. Mam na myśli
ten ukryty czas, gdy jest się nagim i mokrym
jak ziemia.

Kiedy czuły Budda wychodzi z jaśminów,
chłopiec z tatuażem,
pajęczyna zmarszczek na twarzy staruszki,
która się uśmiecha: ten czas, nasz wspólny sen

utkany ze słów. Przepraszam! Tak
się powiedziało. Czułość jest tru-
dna. Ponieważ kocha się ludzi i drzewa,
ten kamień, on zapewne istniał,
teraz ci go daję,
potrzymaj.

JULIA FIEDORCZUK

Po

Gładkie morze jak kawałek szkła w tej dłoni
która rozsypuje piasek pulsujących gwiazd.
Albo nie ma dłoni: dziki oddech słońca, czułe ciało ziemi
pod stopami tych, co nie widzą gwiazd.

Czułe ciało ziemi pod stopami brzóz,
zamrożone gwiazdy na rzęsach jeziora.
Gładkie morze jak kawałek lodu na języku tego
kto umiera zimą.

Niebo szumnie spada na zimowy las.
Pomyśl: siedmiu jeźdźców jak siedem barw tęczy.
Albo nie ma jeźdźców: twoja krew pulsuje i nabiera barw.
Pomyśl: kropla twojej krwi na śniegu.
Garść zielonych szkiełek w ciepłej rączce dziecka.

poniedziałek, 15 marca 2010

ANNE SEXTON

Dotknięcie

Moja dłoń była miesiącami
zapuszkowana. Poręcz w metrze i nic więcej.
Może obtłuczona, myślałam,
i dlatego ją zaplombowali.
Ale kiedy tam zajrzałam, leżała spokojnie.
Można z niej odczytać czas, pomyślałam,
jak na zegarze, z tych pięciu kłykci
i cienkich podziemnych żył.
Leżała jak nieprzytomna kobieta
karmiona przez rurki, o których nie wie.

Zapadła się ta dłoń,
drewniany gołąbek
co wybrał odosobnienie.
Odwróciłam ją i wnętrze dłoni było stare,
z liniami narysowanymi jak w cienkiej koronce
i wydzierganymi wzdłuż palców.
Tłuste i miękkie i miejscami ślepe.
Nieodporne i tyle.

A wszystko to jest metafora.
Zwyczajna dłoń: tylko wysamotniona
za dotknięciem czegoś
co jej odpowie dotknięciem.

Moja suka tego nie zrobi.
Jej ogon wymachuje za żabami w bagnie.
Ja jestem tyle co puszka z pokarmem dla psów.
Ona ma swój własny głód.
Moje siostry tego nie zrobią.
Żyją w szkole z wyjątkiem guzików
i łez lejących się jak lemoniada.
Mój ojciec tego nie zrobi.
On jest częścią domu i nawet w nocy
żyje w maszynie, którą zmontowała matka,
a jego praca, jego praca wciąż ją naoliwia.

Kłopot polega na tym
że pozwoliłam zamarznąć swym gestom.
Kłopot nie krył się
w kuchni ani w tulipanach
tylko w mojej głowie, mojej głowie.

Nagle wszystko to odeszło w przeszłość.
Twoja dłoń znalazła moją dłoń.
Życia krwawy skrzep wdarł mi się w palce.
Och, mój cieślo,
zaczęła się odbudowa palców.
Tańczą z twoimi.
Tańczą na strychu i stąd aż do Wiednia.
Na całą Amerykę żyje moja dłoń.
Nawet śmierć jej nie zatrzyma
krwi rozlewem.
Nic jej nie zatrzyma, gdyż to jest królestwo
z tego świata i z tamtego świata

z tomu "Ameryka"
Z angielskiego przełożyła
Beata Pusłowska

piątek, 19 lutego 2010

SYLVIA PLATH

***
zamówilam tę czystą drewnianą skrzynkę
toporną jak stołek i zbyt ciężką by ją dzwignąć
mogłaby to być trumna dla karła
albo dla mocno zbudowanego niemowlęcia
gdyby nie panująca w niej wrzawa

skrzynka jest zamknięta i grozna
muszę z nią przebyć noc
nie moge sie od niej oddalić
nie ma w niej okien, więc nie widać, co jest w środku
tylko mały otwór z siatką, żądnego wejścia
przykładam oko do siatki
jest tam ciemno, ciemno
jakby sie roiło od afrykańakich rąk
malutkich i ugniecionych na eksport
ciemnych w ciemności i wspinających sie gniewnie

jak mogę je uwolnić?
najbardziej przeraża mnie hałas
niezrozumiałaych zgłosek
są jak gawiedz rzymska
każdy z osobna niestraszny, ale razem, mój Boże!

wsłuchuję sie w tę rozwścieczoną łacinę
nie jestem Cezarem
zamówiłam skrzynkę pełną szaleńców
mogą sobie umrzeć, ale muszę ich karmić, jestem właścicielką

zastanawiam się czy są głodne
zastanawiam się czy zapomniałyby o mnie
gdybym po prostu otworzyła zamki, cofnęła się
i zamieniła w drzewo

jest tu przecież biedrzeniec w płowych kolumnadach
i są halki wiśni

mogłyby mnie tak zaraz nie rozpoznać
w mojej księżycowej sukni i żałobnym welonie
nie jestem zródłem miodu
dlaczego miałyby się skierować ku mnie?
jutro będę ich słodkim bogiem, wypuszczę je

skrzynka jest tu tylko chwilowo

przekład Julia Hartwig

 
1 , 2