... jak kalka wewnętrznego ostrza,
na bezdechu lśnienie,
na krawędzi nie wiem, może dno sztucznej gwiazdy, może...
moje wiersze
środa, 25 stycznia 2012
KATARZYNA KOWALEWSKA
koniec a może początek
nie ma ucieczki przed słońcem, które karmi i zabija
tysiące znaczeń w tym szaleństwie
ciało oddane w jednym akcie wiele przerw
zmienia się scenografia czas wisielec pod sufitem
zasiada w alkowach niezgłębiona dusza - ciągle na odlocie – do zamieszkania od zaraz
KATARZYNA KOWALEWSKA
lunatyczka
nakręcam się obrazami których nie licytuję darmo oddaję nagość za prawdę
godnie noszę odkąd mnie okaleczono wspólnie
modlę się bez słów do boga bez imienia którego spotykam pod drzewem i z człowiekiem tracę
jestem tylko przekaźnikiem z uszkodzoną anteną wstaję nocą przez sen z szeroko otwartymi oczami
dokąd idę? dobro jest mało medialne takie szare mydło
jak chmura śpiącej armii
KATARZYNA KOWALEWSKA
„stajemy się trudnym celem dla strzał, które nas dosięgają, nie znając żadnej” – Xiaze
mój kupidynie
nie umiałam zmieścić się w twojej dłoni masz mnie tyle a wciąż upuszczasz może życie nie było dość pojemne
może wystarczy chybionych okien w niebie nikt nie pilnuje gwiazd
gdzieś zapisane szukam błagając o zwolnienie od bólu przemieniona w cząsteczkę piasku proszę - strzelaj celniej
KATARZYNA KOWALEWSKA
ciemna noc
sine ręce stłoczone pod gliną w narożu granitowej ściany mdły zapach kwiatów i perfum przyszytych do kołnierzy podciąganych pod okazję
specjalnie nie zapowiadaną choć wpisaną w rejestr obok daty urodzin
KATARZYNA KOWALEWSKA
wychodzę z dzieciństwa
z utraconych wakacji lśniących w słońcu jak hostia. odprawiając fale jak mszę - wtulam oddech zwierzątka w piasek - po lód - ściągający opuchliznę z warg
a ptaki martwe dziobią - czuły punkt - w pamięci jesienne odloty. turbulencje. ze znakiem krzyża nagłe razy tnące woreczek na kostki dziewczynki na przekór zakazom karmiła bezpańskie psy i konie w galopie. w snach głębokich jak retencyjny zbiornik z rozrzewnieniem wspominam maj - serię po ciszy. zaschniętą w rubieżach i frontach. porę ścielenia straconych łóżek. próby rozładowania napięcia - w krzakach - skarb pod szkiełkiem z listem do boga
nadeszła zima – pogoń za światłem benzynowych stacji – piętno odciśnięte w całunie - opadanie pulsowanie - w zaciśniętych zębach nie odeszło i trwało w przemianie
pochłonięta zabawą dla stuletnich wychodzę z dzieciństwa – w zazdrość o świętości wieku niemowlęcego
KATARZYNA KOWALEWSKA
późno
przyszedł by cię zaprowadzić do ciemnego lasu. związać i zasypać. jak psa. a ty kochasz hycla. w próżni od kuchni do sypialni wyrywasz się lekka i śpiąca w utracie światła w oczach masz rtęć gorączkę - pytanie o śmierć jakby forma porzucenia miała znaczenie
z fartucha strzepujesz mąkę, depilujesz ostatnie skargi wszystko za późno.
KATARZYNA KOWALEWSKA
ścielenie gniazd. burzenie
nadchodzi czas budowy łapanie oddechów w siatki anten na dachu całujesz głęboko słodko wchodząc do rzeki która wyschła
teraz rodzi się w rozbuchanej krwi w noc krystaliczną pod tłustym futrem pełny koloryt zmian podporządkowany zejściu fatalistyczny przedsionek urwiska on wciąż wciska język w usta - jak wąż na odwyku słowiku odwiń pierwszą ściółkę falbankę niezapominajkę zarzuć na biodra jako zwiastun burzy która obrodzi ten jeden raz
nadchodzi czas klątwy sponiewieranych ciał nierządnie
KATARZYNA KOWALEWSKA
idąc po miłość
wychodzę szybka jak wzrok przez okno pędzącego pociągu z mroków prawdy najjaśniejszej z szalejącym potomstwem prze ścianę gliny bez nazwiska mech porósł moje usta bo piękno mieszka w lesie gdzie nimfy układają nas do snu tam biegnę po liniach wysokiego napięcia tłukę okna potem całą porcję mnie, którą mogłabym zapisać tak mi się wydaje na czubkach palców
i znowu nie mam domu wychodzę z twojego boku jakież zimnie jest to wschodzące słońce które nie należy do nikogo nie trafiam do drzwi musisz mieć je w sobie nieskończenie wiele wzorów na odczarowywanie
wychodzę z formy podgrzewana bez przerwy jak zakalec podskórnie na wyrośniętą musisz czekać zawsze się spóźniam nic nie jest jednoznaczne życie mieści wszystkie barwy tęczy i urojeń
dlatego idę nad ocean w srebrny uchwyt nocy w najcenniejszej próbie spływa samo światło
Otarcie. Zatrucie
Idę do ciebie, strzepując popiół do rzeki. Jak ją opowiesz, kiedy mnie nie będzie? Idę do ciebie przez słowa zaszyte, cięższe niż śmierć. Przetoczysz, gdy poproszą o krew? Idę do ciebie, wyrastając z sukienki osy. Obetniesz mi włosy? Idę. Czas stoi.
W jałowych opatrunkach. Rozpoczyna się okres kwarantanny. Po ciemnej stronie mocy. Na plantach palimy papierosy, gazety – śmieszne kule wojny, liście jak przecinki w nieznanym. Bez oznak bankructwa wymieniamy się telefonami, życiorysami znalezionymi na śmietniku. Śmiejemy się lżejsi o dym. Z gałęzi sypią się na rany słone pocałunki, wracają listy. Masz bardzo ładną szyję – słyszę. Na stawie pojawia się zarys fal. To trwa dłużej i o świcie piszę...
Zostawiam cię, bo czas przyspieszył, życie zdrożało i nie stać mnie na pielęgniarkę. Zostawiam - ja topielica w pierwszej osobie, choć śniłam w trzeciej. Zostawiam jak żart z życia. Rozpruta głodem w parszywej norze światłości. Zostawiam cię i …..ogórki.
sobota, 26 listopada 2011
o jedności. niezwykłej. nieodwracalnej
układam włosy w odległych konstelacjach zapuszczona tak daleko w tę baśń od światła gęstnieje ślina, trzcina z wiatrem pisze o milczeniu. o ozdobach wtopionych w czerń ta lira jak tiara kołysana w przedbiegu chwiejnie zatrzymana ten blask, co przesuwa cienie w lesie. przędzie rzeka nasz świt rozsypany w oddechach. w pracowniach na szkle
taniec z perlistej mgły – mój miły z letnich błyskawic, z przywróconych nadziei w odbiciu nas samych – nie dziel prędkości, nie dziel taktu. w objęciach – ballada tęsknoty, jak drżenie piany na uskokach z nurtem. oczy w momencie zamknięcia zataczają okrąg. oto potęga chwili. zjadła lęk i mój uśpiony śpiew
ma zapach i głośniej milczy
|
Zakładki:
Napisz do mnie kas.kowa@op.pl
Prawa autorskie
|