wiersze

sobota, 20 sierpnia 2016

 

lep na rzęsy. rozgarnianie niesfornych

i czy powinnam w to wejść, rozgarniając poza granice?
tutejsi pacjenci smarują chleb palcem, niektórzy nazywają go bożym.
nie klękam, nierozgarnięta spoglądam od spodu pusto
zastawionego stołu. w barku – powiedziałeś – jesteśmy przypisani
sobie i innemu, który po nas przywieje tu przepych - zamknięty w próżni.

już się nie różni mój język zwinięty w trąbkę, od tej przykładanej do ucha
chorego. masz to i tak na oku - co bielmem zachodzi i wschodzi jaskrą,
snuje się łuną wzdłuż bocznych torów. pora karmienia podchodzi
brudną wodą, ale szlam osadza się w płucach. istniał tam gmach i śmiech
się rozchodził, aż rozszedł się po kościach. bad lover time z grzywką
przystrzyżoną na pazia. znajdź więcej różnic – mówię do siebie.

lecz odpowiada mi ziemia, tam gdzie się osuwa i ukazuje złogi:
zgorzel szemranych i złoto z zębów. psuje się modlitwa w ustach.
wielkie poruszenie – to zabawa, poszukiwanie resztek. albo włosa
w płonącym stogu i niczego - poprzez wszystko

dłoń czyta z ciała, kiedy je odtrącasz – słyszysz siebie przy skórze, a potem
coś szarpie młotem w smudze gazu. zalśnij i zaśnij chłopcze w fali uderzeń,
ale nic z tych rzeczy - nie wynoś z domu ani ponad horyzont – bo widno
od przybytku - jak widmo - odpowiada jego kąśliwy dotyk.

wtorek, 16 sierpnia 2016

kukły i kłody

na drodze stoi kobieta o wielu twarzach. wiatr wskazuje kierunek, w którym się rozproszy,
ocierając się o jedność. mury zapomnianego miasta wypluły ją - pestkę. owoc zgnił na ostrzu,
schwytany na ślinę. dzień - się rozpogodził, w oczach pojawił się krwiak. zmierzch go rozleje,
nie może być przerwy. między zębami rośnie milczenie. w pustych oknach ślady po pełni,

rysopis straconej. potrzebny jest retusz, ale na drodze stoi mężczyzna bez twarzy. balon
z wersami. rozgłasza ewangelię o przejściach - dla niewidomych. ty opowiesz o swoich -
tanecznych krokach walca. rozwiniesz rozgrzaną nawierzchnię. podłożysz kamień pod język.



poniedziałek, 15 sierpnia 2016
przed świtem. igraszki

może już wyjdzie ta z ciemnej uliczki, z magmą pod paznokciem
i lubieżnie owinie cię wokół najmniejszego palca. na słupach dymu
wzniesiecie hacjendę, niedorzecznością zaścielicie łóżko, ustawione
w grze - podskórnych cieków, przecieków złego. nogami do drzwi

zapuka przeznaczenie na śmietnik. zatrzymane w biegu - splotą się
wskazówki – jak nie będziesz mówić, to cię ślina poniesie. jak słuchać
to echo oko wykole. czas się spręża – w maszynie losującej. na kogo
wypadnie na tego kij. bij na oślep, na śmierć i życie dzwonie - bij

niepewność. brak ogłady i boże ciało, co się obnosi i zjada - słowo
bezcieleśnie poczęte na zaczynie grzechu. buszują rozmnożone bakterie
kwasu mlekowego - w chorej piersi kolonie. dzikie dzieci ujeżdżają
hydrę. mówią, że to tylko chandra. wylała pomyje. i może nie wróci –

pamięć pod spalony adres. wpadnie jak w zapadnię pomylone morze,
a wątpliwości rozjaśnią wychodzący z ciemni język, aż prześwietlony,
stanie się niewidocznym.



paczka

przyszła paczka – jestem wniebowzięta, prosto z piekła. kasztany,
twoje oczy na ruszcie. świat za oknem na rauszu. karuzela, zgrzyt
łańcuchów, nasza pożegnalna piosenka. konik na biegunach ognia
i lodu. mój robaczku – tak pięknie trzaskasz w palcach, w tej agonii
na akord. jest też śmiejący się złowieszczo pajacyk i torsje. składanie
- w kostkę, tą od mostka - wspólnego, co pękło. i wylało się kochanie
jak szambo. bezdomnie. pod mostem.



golem

plucha ciągnie opowieść o grząskim brudzie - odejść. rozstrzelone myśli przez potylicę
błądzą pomiędzy wglądem a otępieniem. w pogotowiu senność. stoję na jednej nodze,
wiatr mną szarpie niczym ślepą kurą. ziarno trafiło się innej. wyrosła piąta ściana,
siedem cudów wsiąkło w tynk, grzyb. zacznie się odjazd. parada niechcianych wcieleń

i nie wiem, od którego mam zacząć topnieć, liczyć znaki wodne na tyłach
wroga – jeszcze w kwietniu zamieć. ścina tulipany. ochra i czerwień rozlewają się
w ustach. gorycz ma smak tworzywa, z którego lepię golema. wciskam mu w zęby
toaletowy papier. chip’a z godowym okresem wkładam w ucho. zabieram do sypialni.

układam się do snu o lepszym jutrze. dachówka rozsypuje się niczym magnetyczne karty.
przyciąganie i zachłanność. bogacimy się - przez nieuwagę. przecieka noc. w piątej ścianie
rośnie dziura po atomowej bombie – to tędy przeszła dusza. zrabowała lata świetlne i teraz
nic już nie wychodzi. choć świadkowie mówią: krew zakrzepnie, kości się zrosną.

znowu zrobi się gorąco.



 

jej ręka

 

dosięgła mnie, zakneblowała - owocem z plantacji pomyleńców. wieża Babel
pomnożona krzywizną niezdrowych - w odbiciu rozbitych. zbieram odłamki,
odkąd pamięć odprysła, w milczeniu gromadzi się rdza i kamień - w szklance wody
szczęka przyjaciela – szczęka z zimna - w demencji. w ustach filtr. jej sukienka
 
rozwiewa się ostatnią nadzieją, tkaną grubo - z krat. łapiesz się jej jak arki, rozhuśtany 
niedowładem - próbujesz wstać. grunt ucieka, bo grunt to słowo, a podkłada się kurwa, 
nosicielka, roznosi powtarzalność błędów, gdy niewypowiedziane tkwi w nawiasie,
między jej udami, całe twoje, zakleszczone.
 
prosi: przejmij skurcze z innych ciał. pomóż rozwiązać rozwiązłą. absurd – jej dziecko 
– wychodzi bokiem – jak przez kliszę z piosenki tej kobiety, porażonej obustronnie:
na, na, na, na – tylko tyle z siebie może wydobyć - i aż tyle w utracie przełknąć, więc
 
na trzy i cztery, niemi chórem wołamy: doktorze, tak dosłownie przymykasz te drzwi zabite 
kratami, gdzie wyrasta jej ręka, możesz odcinać, wciąż będzie odrastać i grzebać w mózgu
rdzennych mieszkańców tej klatki. spójrz, jak bezszelestnie padają - rozdarci przez śnieg. 
sobota, 13 sierpnia 2016

obce

kulawo odchodzę, moje stopy są obce – na zewnątrz. wtóruje im krzywizna nieba
przy zetknięciu z przekleństwem - wychodzę przez okno, zajęte płonącym miastem.
chód zdradza łatwopalne, które trzymam na smyczy. i w garści rozsypanych szkieł, śrutu,
moja zdrada trzyma się prawdy. wierność – wróbel na celowniku - w parku jurajskim
szuka sobowtóra. jak gdyby poskąpiono mu resztek w czasach współczesnych

wyjada mi z ust sól tej ziemi, pożogę i leniwy strach – archetypy oddalenia. mówią o nich
nawet w radiu - z innej planety. pochodzą moje racice, wypalone znaki i wstyd - pochodzą
i odejdą. od skóry jest blisko do krwi. nawet jeśli to niemodne – obce bawi się w owce, kozy
i świnie. wróbel uciekł z klatki – stop klatki – w odciążeniu – grawitacje. grawitacje.



sobota, 06 sierpnia 2016
oddział. manewry

brzydko przerośnięte dzieciaki tresują uwiędłe mózgi niczym zdechłe mrówki. kręcą
kołowrotkiem, z którego wciąż ześlizgują się niesforne, porażone udarem palce. mielą
gnuśne niemowlęta językiem, łuską po strzale w pustkę. wykwity generale. padalce,
ciągną się w odrętwienie przez cierpką leguminę. pod mikroskopem albo przed
ostrzałem w strefie gazy i jodu - porzucone ciało puchnie. szeregowi przenoszą
tłuste szczątki w ciszę nocną. dziś nie będą się już dręczyć, tym co niemożliwe
do odtworzenia. wystarczy, sanitariuszka - przynosi chłopczykom kaczuszkę,
a dziewczynkom basenik. i ulewa się z buzi – letnia ulewa. zimne ognie gasną
w odmętach. szlify. przed zaśnięciem zdrowaśki niespełne rozumu i obietnic.
rośnie mrowisko.

na szczycie gruszka zamiast jabłuszka, niespokojnych snów mrowienie.



wtorek, 12 lipca 2016
rozdarcie

i będę opisywać to rozdarcie, aż zaszyją się usta w słowach rozlane krwią.
rdzawe na obrzeżach odjedzie z piskiem winylu do kasacji. pełne rezerwy
lustra pękną od przepychu wizji skromnej, czułej dłoni przy nadziei ostatniej,
konającej matki. tchnienie przywrócone znajdzie wcielenie. wilcze ciemności
obleką się przędzą jagniąt na nieboskłonie. błękit poda na tacy żrące słońce
i połknie je chłodny nurt strumienia, poniesie w deltę wątpliwości, by zmieszać
z solą. skonsumowane milczenie. wypłynie w przebłysku trzeźwości. płynny sen:
odnajdzie tancerzy, porwie ich zwinność i wdzięk. przy łuskaniu pamięci wysypią się
tamte krótkie momenty pełni i igły, szpileczki, które ją nakłuły, by ocalić lub zabić
to niemowlę w łonie niekończących się przedstawień usychających racji. a morze
będzie się poruszać na oślep, obracając mnie na drugą stronę w zatopionej książce.



reminiscencje. jatki

na sztaludze ciało przecięte czerwienią. hipnotycznie zagęszcza się
przeszłość, kreślona fosforem linii nocnych autostrad, biegiem wilków
za żywym ścierwem serca. w poświacie rozdarcia, niebezpieczni, otwarci
w poprzek oczywistych celów, dochodziliśmy do skrajności. przyczajony,
w cieniu jasności podałeś mi na języku blask upadłych - podniosłam się
w tym pięknie stygmatów i przyłożyłam do ust – zapach piżma i ogień
rozniósł się po wszystkich miastach, które nigdy nie śpią. pamięć znamion
pająka splątanego własną siecią snuje się w zamroczeniu – słodko i wstrętnie,
jak twarz Catherine Deneuve w czynszowej kamienicy opłacanej szaleństwem.
to są te powroty, które znikają nagle i wściekle. gryzie ten obraz ślepców,
gdzie bezmiar okrucieństwa spotyka się z nieufnością i ona skłania go do grzechu
czułości. tam się objawiam w lateksowej ikonie, w miąższu zepsutych owoców:
ci co wymościli zarazą gniazdo i ci co go nędzą nagości w bogactwie fetyszy strącili,
grenadierzy wątpliwych powstań, moi oblubieńcy. błękit obłędnych i grafit
podziemnych - wywołani z kliszy jelit na potrzeby krwi. nasze tajemnice
i wrzaski zrzucane z mostów. i las rąk wyrastający z mulistego dna, to tło
tłoczące się pod nami. głodne i zachłanne.

wołam - nie wracaj. oddychaj śniegiem.



 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 24